Taborecik, taboret...
Przez garaż od czasu do czasu przewijały się takie oto właśnie szpule. Szpule po kablach. Był nawet moment, że było ich kilka, ale tata zrobił porządek i je powyrzucał. Cierpliwie musiałam czekać, aż kolejna szpula zakończy swoją pracę i zostanie porzucona. Doczekałam się.
Wiedziałam, że zrobię z niej taboret. Trzeba było tylko dobrać jakieś nogi. Początkowo myślałam o nogach zrobionych z konarów. Nawet takowy już miałam. Już go nawet pocięłam i właśnie chciałam odkorować, gdy olśniło mnie, że obok stoi stary, drewniany taboret moich rodziców, a raczej jego nogi, który po remoncie kuchni trafił na garaż. Co stało się z siedziskiem- nie wiem.
No, że ja też wcześniej na to nie wpadłam... Przecież ich dolna część będzie idealna do nowego siedziska.
Wystarczyło nogi dociąć na odpowiednią wysokość i przeszlifować.
Przed przymocowaniem ich do szpuli, wycięłam z kawałka sklejki pasujący, okrągły kawałek, który przykleiłam do spodu. Zrobiłam to po to, by wzmocnić całą konstrukcję i zakryć nieładne otwory.
W domu całość pokryłam bezbarwnym lakierem, tak dla zabezpieczenia.
Nadszedł czas, by zabrać się za ubranie dla naszego taborecika.
Z gąbki wycięłam koło na siedzisko, a ocieplaczem pokryłam resztę. Boki dwukrotnie. Całość przymocowałam zszywaczem/ takerem. Mój mały pomocnik szczególnie upodobał sobie ocieplacz- taki miły i mięciutki :)
Wszystko pasowało idealnie. Po prostu szyte na miarę.
To dalej, niestety trochę trwało. W myśl idei całkowitego recyklingu, postanowiłam znaleźć również jakąś tkaninę, której mogłabym nadać nowe życie. Trochę się przeliczyłam. Kilka wypadów do secondhandów nie przyniosło wyczekiwanych rezultatów, a mi w głowie zaczynał kreować się obraz tego taboretu w jakieś kolorowe kwiaty, liście, może na ciemnym tle...
Poszukałam i znalazłam. Może trochę nietypowo, bo jest to elastyczna dzianina, a nie obiciówka, czy bawełna, ale jest dość gruba, więc mam nadzieję, że się sprawdzi, a przede wszystkim ma piękny wzór.
W ruch poszła maszyna do szycia. Było trochę zgrzytów, ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło i w końcu się udało. Bo niby czemu by miało nie. Pokrowiec pasuje idealnie i całość wygląda świetnie. A dlaczego napisałam pokrowiec, a nie obicie? A to dlatego, że nie chcąc się już bawić takerem, ryzykując nierówne naciągnięcie dość elastycznej tkaniny, a poza tym (jako kura domowa :)) kierując się praktycznością, postanowiłam pokrowiec zakończyć tunelem, do którego wciągnęłam gumkę i całość teraz można łatwo ściągnąć i wyprać.
No to pokazuję rezultat końcowy.
I jak Wam się podoba efekt końcowy? Też jesteście w szoku, zresztą tak jak ja, że ze szpuli po kablach można wyczarować taki modny mebelek?
Fajnie :)
Pozdrawiam.



Świetny pomysł i piękny materiał. Pozdrawiam
OdpowiedzUsuńDziękuję bardzo. Zgadzam się, materiał cudny, zresztą teraz jest mnóstwo pięknych wzorzystych tkanin. Dobrze, że dobrze wiedziałam jaki chcę, bo pewnie nie umiałabym się zdecydować :)
Usuń