O cięciu drewna z żalem słów kilka

Jestem moi drodzy. Wiem, że chwilkę mnie nie było, ale załamana troszeczkę ostatnimi niepowodzeniami, musiałam chwilę odetchnąć.
O jakich niepowodzeniach mówię? Mianowicie o tych na polu cięcia drewna. Dokładnie takiego pod kątem, ale żeby było proste. Żeby po złożeniu wszystkich elementów, wyszło to co miało wyjść. A do tego ładne, estetyczne, porządnie wykonane, takie żeby można było to bez obaw pokazać. Ale nie wyszło :/ i wyjść na razie nie chce.


Listewka 1 cm x 2cm + brzeszczot + wolne popołudnie = będą domki- pomyślałam i z ochotą zabrałam się za projektowanie. Praca niezbyt skomplikowana, niepotrzebny był więc wymarsz na garaż. Nie zawsze zresztą mam możliwość by tam podejść. W pierwszej kolejności rozrysowałam sobie wszystko na kartce, a następnie przeniosłam na listewkę. Kąty potrafią być zdradliwe, uznałam więc, że dzięki temu sposobowi uniknę błędów. Nie pomyślałam, że najwięcej błędów mogę popełnić podczas samego cięcia. No przecież to taka cienka listewka, a ja sobie wszystko tak dokładnie pozaznaczałam...


Cięłam sobie i cięłam, a elementów układanki przybywało.




I na początku wszystko wyglądało dobrze, do momentu, aż nie zaczęłam składać domków w całość. Jak na złość nie wszystko chciało do siebie pasować. 
Dlaczego...?
Aaaa...
Patrzenie na te niedoskonałości, aż boli...



Gdzie popełniłam błąd? Napięcie we mnie rosło z każdą minutą. Mąż chcąc pocieszyć powtarzał: do tego trzeba mieć większą wprawę, lepsze narzędzia, odpowiednie warunki. 
No tak, może podłoga w kuchni i zwykły brzeszczot to nie jest szczyt stolarskiej technologii, ale nie mogłam się przecież tak od razu poddać. Postanowiłam doprowadzić ten skazany na niepowodzenie projekt do końca.
Zrobiłam nawet drugie podejście. Wyszło jakby lepiej, ale wiele jeszcze brakuje, bym była naprawde zadowolona.




Na drugi dzień, gdy emocje już trochę opadły, chwyciłam za pędzel i farbę, by tak jak sobie założyłam, sprawę doprowadzić do końca.






Może wyglądają trochę lepiej, ale i tak nie mogę na nie patrzeć. Schowałam do szuflady.

Wnioski: 
- nie potrafię prosto ciąć drewna :/... 
- nie mam odpowiednich narzędzi, czyli piły lepszej niż najtańszy brzeszczot,
- praca w domu "na kolanie" prowadzi zazwyczaj do totalnej katastrofy.
Rozwiązanie problemu wydaje się dość proste.
Więcej ciąć, w końcu ćwiczenie czyni mistrza. Tylko czym?
Zakupić lepszy sprzęt (szkoda, że jest on niestety dość drogi, ale może kiedyś).
Nie siedzieć w domu, tylko na garażu (hmm, jak się tylko rok szkolny zacznie, to będę tam codziennie. Na razie... no cóż...)

I co tu zrobić?
Na razie nie robię nic. Obraziłam się na cięcie pod kątem:)

Wyżaliłam się...

:)


Komentarze

Podobają Ci się zdjęcia? Zapisz je sobie :)

Obserwatorzy